Wario Land: Super Mario Land 3

Teraz, gdy już dawno skończyłem studia i od wielu lat pracuję, sięgam jeszcze pamięcią czasów, kiedy jedynymi problemami, z jakimi musiałem się mierzyć w codziennym życiu, było spakowanie odpowiedniego podręcznika do szkoły czy pamiętanie o tym, żeby wziąć koszulkę na WF lub trochę drobniaków do sklepiku na jakieś soczki czy zapiekanki z mikrofali. Było to problemy błahe, jednak z tamtej perspektywy świat wyglądał trochę inaczej. Gry, które były jednym z remediów na osłodzenie sobie gorzkich chwil, także nieco różniły się od tych, które goszczą dzisiaj w naszych pokojach i salonach. Nie znam nikogo, kto wybiegałby wtedy wyobraźnią tak daleko, by wizualizować sobie wygląd konsol dzisiejszej generacji, a dystrybucja cyfrowa, abonamenty w stylu PS+ czy choćby granie online były czystą abstrakcją. Nie oznacza to jednak, że gry były gorsze. Niektórzy stwierdzą nawet, że wręcz przeciwnie i choć w niektórych przypadkach, może być to mocno podkoloryzowane wspomnienie, tamte czasy obfitowały w naprawdę dobre produkcje, których często brakuje w aktualnych bibliotekach największych wydawców.

Dzisiaj chciałbym opowiedzieć historię, której głównym bohaterem będzie na pierwszy rzut oka niepozorny, handheldowy
platformer. A wszystko zaczęło się w czasach podstawówki, gdy w pewien słoneczny poranek, ktoś polecił mi sprawdzenie gry o nic nie znaczącej dla mnie wtedy nazwie. Wspomniana gra odpalała się na Game Boyu Classic i grając w nią wyglądało się, niczym dzierżąc szarą, pokaźnych rozmiarów cegłę, ważącą co najmniej kilka dobrych kilogramów. Ale za to, jaki to był szpan. Wpatrując się uważnie w ekran, na którym ledwo co widać było kilka czarnych pikseli na krzyż, dostrzec można było śmiesznego, grubego, wąsatego gościa, który biegał tam i z powrotem, skakał po platformach i trącał pięścią napotkanych przeciwników. Ta gra wyglądała do złudzenia podobnie do dobrze mi znanego Mario, zarówno pod względem gameplayu jak i wyglądu postaci i świata gry, jednak coś tutaj nie grało – to przecież nie był Mario. Okazało się, że jegomość ma na imię Wario i jest dobrze znanym w uniwersum Mariana skurczybykiem. Ta gra, to Wario Land: Super Mario Land 3, trzecia iteracja przygód Mario na Game Boya, po Super Mario Land i Super Mario Land 2, w której głównym bohaterem stał się antagonista, ostatni boss z poprzedniej produkcji, wcześniej wspomniany Wario. Zakochałem się w tej grze jak tylko ją zobaczyłem. To była idealna, kanoniczna platformówka z ciekawymi levelami i fajnie zarysowanym światem gry. Ponadto całość odbioru podkręcał fakt, że da się w nią grać wszędzie, NAWET w szkole, co skutecznie osładzało gorycz szarych, codziennych dni, spędzonych w szkolnym więzieniu ufundowanym dzieciakom przez system oświaty.

Wario jak na platformera zawierał garść świeżych, bardzo dobrze sprawdzających się pomysłów. Po pierwsze jako HUBa między levelami użyto mapy świata gry. Ten prosty, ale skuteczny zabieg sprawił, że poszczególne poziomy zostały ze sobą  sprytnie powiązane, a całość sprawiała spójne wrażenie. Ponadto podobnie jak jego starszy stażem kolega Mario, Wario może zdobywać power-upy. Mechanika jest podobna do tej funkcjonującej w starym Super Mario Bros na NESa, tj. startujemy jako „duża” postać, która kurczy się do rozmiarów bobasa, gdy zostanie zraniona. Dodano tu jednak kilka rodzajów bonusów, których zebranie skutkuje dopaleniem umiejętności wąsacza: hełm z rogami wikinga zwiększa siłę i umożliwia rozbijanie wcześniej niezniszczalnych elementów otoczenia, głowa aligatora pozwala ziać ogniem, a dzięki odrzutowej czapce, szybowanie w przestworzach nie będzie więcej problemem. Podobne perki pojawiły się już w Super Mario Land 2, jednak dla mnie to była całkowita nowość, gdyż nigdy wcześniej nie dane było mi pograć w Mariana na handheldzie. Za zajebisty pomysł uważam też bardzo pomysłowe motywowanie gracza do zbierania wszechobecnych monet, które tutaj nie były wyłącznie ekwiwalentem dodatkowych żyć, a czymś znacznie ciekawszym. Jak to działało? Już tłumaczę. Żeby zakończyć poziom, należy otworzyć drzwi wyjściowe specjalnym tokenem. Token ten jest równowartością dziesięciu zwykłych monet, które rozlokowano na każdym z etapów. Jeżeli mamy dyszkę miedziaków, wystarczy wcisnąć strzałkę w górę i B, by na dłoni Wario pojawił się „klucz”, który należy wrzucić do specjalnego otworu w drzwiach celem ich otwarcia. Co się stanie, jeżeli nie mamy wystarczającej liczby pieniędzy? Musimy pokusić się o mały backtracking, bo inaczej gra nie wypuści nas z levelu. Ciekawym rozwiązaniem jest także system checkpointów, których mechanika koresponduje z mechaniką drzwi wyjściowych. W tym wypadku jednak skorzystanie z nich jest dobrowolne i leży całkowicie w gestii gracza. Wydać dychę i zabezpieczyć sobie progress czy lecieć dalej z zaoszczędzoną kasą? Wybór należy do nas. Ponadto między levelami, można za zebraną kapustę grać w minigierki i wygrywać dodatkowe życia tudzież inne extrasy.

Mapa gry została podzielona na szczegółowe lokacje w obrębie których znajdują się właściwe, raczej krótkie levele. Jak na prawdziwego, staroszkolnego platformera przystało, po przebrnięciu przez kilka poziomów, nasze wysiłki wieńczy potyczka z bossem. Osobiście bardzo lubię walki z bossami, dlatego zawsze z miłą chęcią staję w szranki z mocniejszym przeciwnikiem, którego należy odpowiednio rozpracować, najczęściej poznając schemat poruszania się i wyprowadzania ciosów. Nie inaczej jest w przypadku Super Mario Land 3: Wario Land. Na naszej drodze staną kolejno kolczasty żółwiopodobny stwór, którego należy połechtać po podwoziu, gdy ten wznosi się cyklicznie w powietrze, zły bizon nacierający na nas całym impetem, tęgi i powolny pingwin w kolczastym kasku, paskudna morda smarkająca ognistymi kulami, przerośnięty ptaszek plujący mniejszymi kolegami, tylko pozornie niewidzialny duch i latający grubas pełniący rolę najwyższego bossa. Po pokonaniu jegomościa, gra na koniec standardowo podsumowuje ile punktów zyskaliśmy, po czym Wario szybuje w przestworza, ukazując finalną listę płac.

W tamtych czasach nigdy nie było mi dane zobaczyć jak kończy się ta produkcja, nie wiem też czy moi znajomi, którzy także grali w Wario, przeszli grę w całości. Chętnie bym o to zapytał, ale niestety większość moich kontaktów z tamtych lat nie przetrwała próby czasu. Nie mam pojęcia czy ludzie, których znalem nadal grają, czy może zostali już przykładnymi mężami i ojcami i większość swojego czasu poświęcają na pracę na własny dom. Tak to jest, że większość kontaktów z dzieciństwa, z różnych względów bezpowrotnie przepada. Albo dlatego że nasze światopoglądy się zmieniają i w efekcie stajemy się innymi ludźmi, albo rozjeżdżamy się po różnych stronach kraju czy świata, przez co odległość staje się barierą nie do przejścia. Często jedyne co zostaje nam po latach to różne wspomnienia, także te o grach. Super Mario Land 3: Wario Land to jedna z tych gier, którą warto trzymać w swoich wspomnieniach, jest ona bowiem przykładem tytułu fenomenalnie wręcz definiującego gatunek dwuwymiarowych platformerów, o których dzisiaj prawie już zapomniano.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.