Najlepsza skradanka wszech czasów? Przygody Solid Snake’a

O grze Metal Gear Solid dowiedziałem się z dema dołączanego do Oficjalnego Polskiego Playstation Magazynu, który namiętnie kolekcjonowałem jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Do dnia dzisiejszego mam opasłą kolekcję kilkudziesięciu numerów tego magazynu, zamkniętych elegancko w szafce, w piwnicy domu, w którym się wychowałem. Jak co miesiąc, dziadek (który też jest fanem gier i do dzisiaj szarpię z nim w starocie typu Crash Team Racing czy Vigilante 2nd Offense!) kupił mi najnowszy numer, w którym podobno miało znaleźć się największe demo w historii tej gazety. Nie miałem zielonego pojęcia co to za gra, jednak nakręcany hype był na tyle duży, że z wielką ochotę włączyłem demko, żeby przekonać się o magii wspomnianego tytułu na własnej skórze.

Demo zaczyna się wyświetleniem loga Konami / KCEJ w akompaniamencie bardzo charakterystycznych, orientalnych dźwięków. Następnie do uszu zaczyna powoli docierać sącząca się, mroczna muzyka, by zwiastować pojawienie się majestatycznie płynącej łodzi podwodnej. Jesteśmy na Alasce, Morzu Beringa. Zachrypnięty głos narratora (to ten moment, w którym zaczynam się lekko uśmiechać, przypominając sobie chwile, które spędziłem z tym tytułem kilkanaście lat temu) zaczyna opowiadać o wyspie Shadow Moses, znajdującej się w archipelagu Fox, która jest siedzibą infrastruktury unieszkodliwiania odpadów nuklearnych.

Została ona przejęta przez siły specjalne nowej generacji, którym przewodniczą członkowie FOX-HOUND. Chcą by rząd amerykański zwrócił szczątki niejakiego Big Bossa w ciągu 24 godzin. Jeżeli ich żądania nie zostaną spełnione, użyta zostanie broń nuklearna. Z każdą chwilą staje się coraz bardziej jasne, że słowa narratora to briefing do misji, która raz na zawsze zmieni oblicze gier wideo. Na ekranie widzimy tajemniczą postać, to nurek przygotowujący się do infiltracji bazy przeciwnika. Ma na imię Solid Snake i jest głównym i tytułowym bohaterem Metal Gear Solid. Pierwszy cel tej misji, o którym dowiadujemy się od nieznajomego głosu, to uratowanie dwóch ważnych osobistości. Pierwszym z nich jest szef DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency – to pierwszy zwiastun tego, jak mocno seria będzie siedzieć w rzeczywistych realiach naszego świata), Donald Anderson. Drugi to Kenneth Baker, prezydent ArmsTech. Obydwaj panowie przetrzymywani są na Shadow Moses jako zakładnicy. Po drugie musimy sprawdzić, czy terroryści rzeczywiście mają w posiadaniu atomówkę, czy tylko blefują. W tym pierwszym przypadku będziemy zobowiązani zrobić wszystko, by powstrzymać ich od ataku.

W tej chwili, po raz pierwszy dane nam jest usłyszeć doskonały i w moim subiektywnym odczuciu, nigdy niedościgniony głos Davida Haytera, aktora grającego tu główne skrzypce. Snake pyta, w jaki sposób dostanie się na wyspę. Odpowiedź jest prosta i stanowcza – jednoosobowy SDV (Swimmer Delivery Vehicle) – pocisk na wzór torpedy, wystrzelony wprost z łodzi podwodnej. Z dalszej części opowieści dowiadujemy się, że zarówno Snake jak i człowiek, początkowo nazwany przeze mnie narratorem – właściwie Roy Campbell – pełniący rolę dowódcy operacji na Shadow Moses, byli członkami FOX-HOUND. Aktualnie w szeregach sił specjalnych stoi sześciu ekstremalnie niebezpiecznych osobistości, na których natrafimy osobiście w późniejszych etapach gry. Są nimi: Psycho Mantis, który potrafi czytać w myślach i lewitować; Sniper Wolf, piękna, blondwłosa snajperka; Decoy Octopus, mistrz charakteryzacji i kamuflażu; Vulcan Raven, gigantyczny, obdarzony ogromną siłą szaman; Revolver Ocelot, lubujący się w wyszukanych torturach sadysta, entuzjasta rewolwerów Single Action Army, oraz lider całej drużyny, Liquid Snake – który jest klonem głównego bohatera, o czym dowiemy się z właściwej gry.

Operacja na Shadow Moses, to ściśle tajna, jednoosobowa misja. Można wnioskować, że nasz heros na swoim koncie ma już takich kilka i dobrze wie jak postępować w tego rodzaju przypadkach. Świadczy o tym retoryczne zapytanie, które kieruje do Campbella pod koniec tego krótkiego, wprowadzającego filmu: „Weapons and equipment OSP (on-site procurement)?”. Co to oznacza? Snake będzie musiał zinflitrować bazę wroga po cichu, niczym ninja, bez wdawania się w otwartą walkę z przeciwnikiem, nie ma przy sobie żadnej broni i nie może liczyć na oficjalne wsparcie ze strony rządu. Jak potoczy się ta historia? Z całych sił polecam przekonać się o tym osobiście 😉

Demko rzeczywiście jest długie, chociaż w porównaniu do całej gry, zawiera jedynie jej niewielki fragment. Pamiętam jak grając w nie pierwszy raz, nie wiedziałem, że ta gra jest „inna” i należy chować się przed przeciwnikami. Chyba już nigdy nie zapomnę tego charakterystycznego odgłosu i znaku zapytania nad głową przeciwnika, które pojawiały się w chwili wykrycia i uruchomienia alarmu. Bardzo podobała mi się animacja wskakiwania do wody w pierwszej lokacji, dokach, którą można było odpalić jedynie w czerwonej fazie alarmu, tudzież możliwość przyklejania się do ściany i pukania w nią, by zwabić do siebie przeciwników. Kroki powodujące pluskanie podczas przebiegania przez kałużę? Niemożliwe! Po raz pierwszy zobaczyłem twarz Snake’a, gdy ten ściągał kostium nurka, opuszczając windą lokację doków. Co z tego, że wyglądała jak rozmazany kwadrat, wtedy to nie miało najmniejszego znaczenia. Po chwili ujrzałem pięknie padający śnieg i kolejny niuans zwalił mnie z nóg. Zostawiam ślady butów na śniegu? Fajny bajer, pomyślałem. Mina mi zrzedła, gdy zorientowałem się, że przechadzający się nieopodal strażnik, zauważył te ślady i zaczyna za nimi podążać! Coś niesamowitego. Metal Gear Solid wprowadził pełno takich smaczków, które w tamtych czasach były elektryzującym powiewem świeżości, który czuję w nozdrzach do dnia dzisiejszego. Wcześniejsza gadka o OSP też miała swoje wymierne reperkusje. Rzeczywiście zaczynamy bez jakiejkolwiek broni, a pierwszą – pistolet SOCOM – można zwinąć z jednej z zaparkowanych na dworze ciężarówek. Z resztą i tak jest średnio przydatna, bo znajdujemy ją bez tłumika, a każdy strzał natychmiastowo podnosił alarm.

Demo kończy się po kilkudziesięciu minutach zabawy, kiedy teoretycznie docieramy do pierwszego z celów operacji – szefa DARPA. Po długiej rozmowie, w której Snake dowiaduje się o istnieniu gigantycznego mecha, tytułowego Metal Geara REXa, Donald Anderson umiera w dziwnych okolicznościach. Początkowo wygląda to na rozległy zawał serca, jednak prawda wcale nie jest tak oczywista. W późniejszym etapie historii, którą można poznać już we właściwej grze, sprawa staje się jasna, że Anderson, którego poznajemy na początku gry, to tak naprawdę Decoy Octopus, jeden z członków FOX-HOUND. Prawdziwego szefa DARPA spotykamy dużo później, a w zasadzie to co z niego zostało – zwłoki sponiewierane torturami i zżerane przez larwy paskudnego robactwa.

Po ukończeniu tego wycinka historii, które ufundował Oficjalny Polski Playstation Magazyn, byłem pewien, że choćby nie wiem co się działo, muszę mieć tą grę. Z drugiej jednak strony, Metal Gear był wtedy dla mnie cholernie nieprzystępny, zagmatwany i po prostu ciężki. Z jednej strony czułem, że coś mnie od niego odrzuca, to nie była w końcu taka sobie gierka do pogrania i poprawy humoru. To pełen mroku thriller akcji, którego grubą atmosferę można było niemal kroić nożem. A ja byłem dzieckiem. To inna liga, niż Crash Bandicoot czy Spyro the Dragon. Z drugiej strony, jakaś magiczna siła ciągnęła mnie do niego w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Byłem rozdarty, bo nie wiedziałem co zrobić. Kupować czy nie? Wyliczałem minusy i plusy obu rozwiązań. „Demko mi pewnie wystarczy” myślałem. „Jest długie i można do niego wielokrotnie wracać. Poza tym nie mam 250 zł na nową grę”. Oszukiwałem się tak przez dłuższy czas, jednak pewnego razu coś pękło – podjąłem decyzję, kupuję pełną wersję. Gdy już sam siebie przekonałem, że to jedyne słuszne rozwiązanie, wypieki zaczęły malować się na mojej twarzy. Już niedługo miałem stać się posiadaczem chyba najlepszej gry ever. Zacząłem poszukiwania. Nie mogłem liczyć na allegro, które jeszcze wtedy po prostu nie istniało. Jedynym rozwiązaniem było zamówienie jej za horrendalne pieniądze od któregoś ze sprzedawców, reklamujących się na pierwszych bądź ostatnich stronach magazynu lub szukanie produktu w innych źródłach. W ramach dygresji wspomnę, że jednym z intensywnie reklamujących się sklepów był TomSoft, z charakterystycznym, pofalowanym logo. Nie jestem pewien czy firma jeszcze istnieje, a jeżeli tak, to przekształciła się w elektronicznego wielobranżowca (patrz tomsoft.pl).

Dziwnym trafem w stosunkowo niewielkiej dzielnicy Jeleniej Góry – uzdrowisku Cieplice, z których pochodzę – znajdował się sklep RTV-AGD, o wdzięcznej nazwie Omega. Umiejscowiony był naprzeciwko liceum ogólnokształcącego nr 2, w którym kilka lat później zdawałem maturę. W czasach licealnych, zwykłem też spędzać tam wiele przerw, szczególnie tych długich, 15 minutowych, przechadzając się po okolicy, wraz z moim kolegą Vassem. Rozmyślaliśmy wtedy o różnych kwestiach, o tym co będziemy robić za kilka lat, czym będziemy się trudnić, ale też o rzeczach bardziej przyziemnych, takich jak wspólne wypady na piwo, czy ustawianiu się na co-opowe granie, choćby w Resistance: Fall of Man. Bardzo miło wspominam te czasy, szczególnie, że teraz dzieli nas ponad 120 kilometrów i widzimy się, jak dobrze pójdzie, jedynie kilka razy w roku. Goście z Omegi chyba jako jedyni mieli w asortymencie jakąś super nowoczesną konsolę, wraz z najnowszymi grami. W zależności od tego, jaką grę wsadzili do czytnika, można było spokojnie wejść z ulicy, dobyć pada i spędzić kilkanaście minut na wstępnych ograniu danego tytułu i zaznajomieniu się z pachnącym nowością sprzętem. Pamiętam jak kiedyś wszedłem tam, by sobie pograć, bo doszły mnie słuchy o jakimś nowym cacku, które miało być przyszłością gamingu. Zadziwił mnie wygląd pada, który był dla mnie – gracza wychowanego na Pegasusie – czymś zupełnie nowym. Wróciłem do domu i opowiedziałem o wszystkim ojcu, który uświadomił mi, że konsolą mogła być nowa Playstation, o której słyszał w mediach. Rzeczywiście, to była Playstation, a gra w jaką dane mi było wtedy pograć, to Crash Bandicoot!

Powróćmy jednak do sedna. Będąc małym brzdącem, byłem strasznie w gorącej wodzie kąpany i po prostu nie mogłem sobie pozwolić, by czekać kilka dni na realizację zamówienia wysyłkowego. Postanowiłem uderzyć do Omegi, by sprawdzić, czy może mają Metal Gear Solid do sprzedania od ręki. Tak się składa, że pracował tam wtedy pewien gość, o imieniu Marek, który był znajomym mojego dziadka. Zapytałem go o dostępność gry i ku mojemu szczęściu, dowiedziałem się, że mają MGSa na stanie. Bez wahania zdecydowałem się na zakup. Marek wręczając mi Metal Gear Solid, powiedział coś, co z powodów, których nie potrafię wyjaśnić, wryło mi się w pamięć tak bardzo, że dźwięczy mi w uszach po dziś dzień. „Będziesz miał ciężki orzech do zgryzienia.”. Nie mylił się, co miały pokazać najbliższe dni, spędzone na katowaniu wymarzonej, pełnej wersji najlepszej skradanki, jaką dostała Playstation.

Chciałbym jeszcze krótko dopiąć ten poboczy wątek, bo czuje względem tego dziwny, mierżący od środka obowiązek. Co zatem było dalej? Dzisiaj Omega już od dawna nie istnieje. Co prawda budynek stoi jak stał, jednak próżno szukać tam czegokolwiek, związanego z grami wideo. Po tym jak ją zlikwidowali, jakaś pani założyła tam salon fryzjerski. Następnie budynek stał się siedzibą lokalnego przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji, by ostatecznie skończyć jako opustoszała nieruchomość, czekająca na lepsze czasy. Nie wiem też co teraz robi Marek, który sprzedawał mi  wtedy MGSa. Będąc jakiś czas temu w stronach rodzinnych, zauważyłem go przed jednym z tamtejszych sklepów. Mimo, że nie widziałem go od czasu wydarzeń, które opisałem chwilę temu, po tych kilkunastu latach nie miałem żadnych wątpliwości, że to on. Wyglądał jednak inaczej. Jak zmęczony życiem człowiek, targający do domu reklamówki z pobliskiego marketu. Piszę o tym nie bez przyczyny. Skłaniam się tu, ku pewnym egzystencjalnym refleksjom, w świetle których czas nieubłaganie gna do przodu, a świat w którym żyjemy, tak naprawdę tylko niewiele różni się od dzikiej, amazońskiej dżungli. X lat temu byłeś kimś, za Y lat możesz być nikim. I tyczy się to zarówno ludzi, jak i wielkich podmiotów gospodarczych, co relatywnie niedawno zobrazowało głośne bankructwo banku Lehman Brothers.

No dobra, koniec tego marudzenia! Pełna wersja Metal Gear Solid, to wydanie – bez nadużyć – epickie. Wielkie, grubaśne pudełko, w którym kryły się dwie srebrzyste płyty z grą, demo Silent Hilla i kilka kartonowych wkładek. Mimo, że czasy świetności pierwszego Playstation już dawno za nami, dzisiaj ceny premierowego wydania w idealnej kondycji sięgają na aukcjach nawet kilkuset złotych. Jakiś czas temu udało mi się wyrwać jeden taki egzemplarz, dzięki czemu mogę podzielić się tutaj kilkoma dobrej jakości fotkami, które zamieszczam poniżej.

W pełnej wersji mieliśmy dostęp nie tylko do głównego wątku fabularnego, ale też do obszernych materiałów briefingowych, które rzucają nieco więcej światła na zawiłe perypetie Solid Snake’a, a także dziesięciu misji treningowych w rzeczywistości wirtualnej. Później Japończycy podłapali, że formuła ta została ciepło przyjętea przez graczy, którym było mało i chcieli pograć w świecie VR dłużej, niż tylko kilkadziesiąt minut. Stworzono Metal Gear Solid: Special Missions (w Japonii Integral), obecnie bardzo trudno dostępny dodatek z prawdziwego zdarzenia (wymagał posiadania bazy – pełnej wersji gry MGS), w którym zawarto setki podobnych misji.

Na koniec chciałbym wspomnieć o kilku momentach z Metal Gear Solid, które jak żadne inne zapadły mi w pamięć, a zapewniam, że było ich naprawdę sporo. Po pierwsze genialną ilustracją słów „Będziesz miał ciężki orzech do zgryzienia” była dla mnie zagwozdka z dostaniem się do pomieszczenia, w którym przetrzymywany jest Kenneth Baker. Przez kilka dobrych dni, nie miałem bladego pojęcia co zrobić, by pchnąć fabułę do przodu. W pewnym momencie, mieszanka frustracji połączonej z rezygnacją sprawiła, że kompletnie odechciało mi się grać. O co tam chodziło? Należało w odpowiednim miejscu na ścianie podłożyć ładunek C4, który w efekcie burzył świeżo zabetonowaną dziurę, prowadzącą do sekretnego korytarza. Przełączając się na widok z oczu bohatera, można było zobaczyć świeży, jeszcze niewyschnięty beton, innego koloru niż reszta ściany. To punkt, który zdradzał, że coś tutaj jest nie tak i właśnie w tym miejscu należało przylepić plastik. Gdy w końcu, wraz z pomocą ojca, znalazłem rozwiązanie tej „zagadki”, czułem ogromną satysfakcję – w końcu zażegnałem problem, który nurtował mnie przez ostatnich kilkadziesiąt godzin. Dzisiaj, tak jak wspomniał tehaer w swoim wpisie, raczej nie doświadczamy tej magii, którą niosła za sobą wielka niewiadoma. Wszystko dostępne jest w sieci i jak czegoś nie wiesz, wystarczy, że wklepiesz odpowiednią frazę w google czy youtube i po problemie. Łatwiej? Zdecydowanie, ale czy lepiej?

Drugim pamiętnym momentem, o którym zdecydowałem się wspomnieć, jest walka z Psycho Mantisem, który rzeczywiście potrafił czytać w myślach. Polecił położyć Dual Shocka na stole i  podziwiać, jak nim porusza. Opowiadał także grach Konami, w które graliśmy, odczytując dane z karty pamięci. Przede wszystkim unikał WSZYSTKICH wyprowadzonych w jego kierunku ciosów. Jak go zabić do cholery, skoro nie można go nawet drasnąć? Sztuczką było przełożenie pada do drugiego slotu, przez co Mantis tracił możliwość przewidywania każdego naszego posuniecia.

Duże wrażenie zrobiła na mnie także scena tortur Snake’a, który wpada w łapy Revolver Ocelota. Wszystko to poprzedza szereg wydarzeń, o których nie chcę tutaj mówić, by nie psuć zabawy tym, którzy w MGSa nie grali. Ważne jest natomiast, że to całkiem sprytnie zaprojektowany kawałek rozgrywki, w którym by „przetrzymać” kolejne serie tortur, musimy bardzo szybko naparzać w jeden z przycisków na padzie, co pozwala stopniowo odnawiać pasek życia. Gdy będziemy zbyt wolni, Snake zginie. W celi, w której przetrzymywani jesteśmy między kolejnymi sesjami przesłuchań, gnije też ciało wcześniej wspomnianego Donalda Andersona. Nieszczęśnik także wpadł w sidła Ocelota, a że ten nie zna umiaru, to wyszło jak wyszło.

Gra serwuje wiele podobnych momentów, które zapadły mi w pamięć. Wymienić mógłbym chociażby krwawy korytarz, w którym cybernetyczny ninja Gray Fox zrobił widowiskową masakrę; epizod szukania przebranej we wrogi uniform Meryl – córki Campbella, którą mogliśmy poznać jedynie po charakterystycznym, kobiecym chodzie; patrzenie jej w oczy, kiedy to robiła się coraz bardziej czerwona; chowanie się w kartonowych pudłach, unikanie wiązek laserowych, które zdradzały swoją obecność w papierosowym dymie; walka na pięści z Liquidem na dachu Metal Geara i wiele, wiele więcej. Metal Gear Solid pełny był zapierających dech w piersiach, a także łapiących za serce momentów, których próżno szukać w wielu innych grach. Ponadto zawarto w nim interesujące easter eggi, takie jak choćby zdjęcia głów twórców, uwidaczniające się jako duchy na zdjęciach, które zrobimy w niektórych miejscach podczas gry.

Metal Gear Solid doczekał się wielu sequeli, które były zawsze bardzo gorąco przyjmowane, zarówno przez fanów jak i krytyków branżowych. To przykład doskonałej franczyzy, która przez lata rosła w siłę, by dzisiaj gromadzić wokół siebie miliony fanów na całym świecie. Seria doczekała się nawet spin-offa, który mocno odbiegał mechaniką od sztandarowego gameplayu typu stealth. Mowa o Metal Gear Rising: Revengeance, który jest typowym slasherem i chociaż rzeczywiście nie uświadczymy tutaj akcji, które znamy z kanonu serii, nie zgodzę się, że w tej grze jest „mało Metal Geara”. Rising obfituje w ewidentne nawiązania do kanonicznych odsłon serii, takie jak możliwość ukrywania się w kartonowych pudłach, charakterystyczne reakcje dowództwa, które możemy usłyszeć podczas śmierci głównego bohatera (darcie gęby), otrzymywanie rang na koniec gry, peruka infinite-ammo (ukłon w stronę bandany znanej z MGS1) czy charakterystyczny, czerwony exoszkielet dla głównego bohatera (taki sam jaki nosił Gray Fox na Shadow Moses, gdy przechodziliśmy grę po raz kolejny). Ponadto prezentuje wymagający system walki i bardzo fajnych, moim zdaniem, bossów.

Mimo, że Metal Gear zadebiutował dużo wcześniej, tj. na konsoli MSX, dopiero wersja na Playstation, zapewniła solidne fundamenty pod budowę tej genialnej serii. Serii, która owego czasu odwróciła branżę gier do góry nogami i wyryła w jej historii należne jej miejsce. Nie chciałbym tutaj pisać o obecnej sytuacji, kiedy to ojciec MGSa Hideo Kojima odszedł z Konami, a sama firma serwuje nam wynalazki pokroju Metal Geara na japońskie automaty Pachinko albo dziwadła w stylu Metal Gear Solid: Surivve. Jest to temat na osobny artykuł, ale jeżeli taki miałby się kiedykolwiek tu pojawić, to na pewno nie ja będę jego autorem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.